- Pada śnieg, pada śnieg... - nuciłam, przedzierając się przez gruby śnieg. Padało coraz gęściej. A ja targałam za sobą choinkę na sankach. Nie mogłam się powstrzymać... Musiałam ją kupić. Ehehe, no nie, nie kupić. "Pożyczyłam" ją. Na stałe.
Po strasznie długim targaniu wreszcie wciągnęłam ją do domu.
- Asieeeek! - wydarłam się. Od niedawna tak nazywałam Ash'a. Asiek. Według mnie uroczo, idealnie do niego pasująco.
Chłopak podleciał z okrzykiem "Coś się stało?". Cisnęłam w niego sznurkiem sanek.
- Zabieraj to do pokoju! Ja lece po bombki! - zachichotałam i znów wybiegłam. Świeta, święta, już niedługo święta!
Przez chyba kolejną godzine szukałam ozdób. A gdy wreszcie znalazłam ucieszyłam się do tego stopnia, że zapomniałam o kompletnie przemoczonych butach. Przypomniałam sobie, gdy wróciłam do domu. Ale wcześniej jeszcze postarałam się o wszystko, co mogło być potrzebne. Świeczki, jedzenie i miałam też coś dla mojego Asieńka. Śliczną, słodką piżamkę. Może i było to trochę przesadzone, ale miałam to gdzieś. Była taka mięciutka, po prostu zarąbista. Spodnie były kremowe w białe kropki, a koszulka biała z brązowym kotkiem. Do tego należała do tych "rozchechłanych", rozchodzących się na ramionach. Po prostu urocza. Zapakowałam ją w kolorowy papier, jak prezent to musi i wyglądać jak prezent.
Gdy wreszcie, nareszcie wróciłam do domu trzęsłam się jak osika. Buty mi przemokły dosadnie, włosy miałam mokre od śniegu, ogólnie było mi zimno. Aha, no i zaczęłam kichać. A Asiek się ze mnie śmiał. Rzuciłam w niego łańcuchem na choinkę i zniknęłam w łazience. Miałam wrażenie, że jeśli zaraz się nie rozgrzeję, to zmienię się w mrożonkę.
Gdy wytoczyłam się z łazienki otulona kilkoma kocami czekała na mnie miła niespodzianka. Asiek stał przy oknie i mocował się z lampkami. Choinka już stała na stojaku. Gdy chłopak mnie zauważył, lekko pokraśniał.
- No co? Miała tak leżeć? A skoro nie zamierzałaś zbyt szybko wyleźć z łazienki, to zacząłem ją ozdabiać. Coś przeciwko? - wyszczerzył zęby i wrócił do pracy. Uśmiechnęłam się delikatnie. No, no, zhardział. Już się mnie nie bał.
I dobrze.
Usiadłam na kanapie. Gapiłam się na niego jak sroka w gnat, podczas gdy ubierał drzewko. I zrobiło mi się tak cieplutko i milutko, że usnęłam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz